Początki spotkania w Białymstoku nie były jednak miłe dla gości.
Lowlanders odbierali kickoff i bez zbędnego respektu ruszyli na rywali. Damian Kołpak już w pierwszej akcji wykonał niesamowite podanie do
Tomasza Żukowskiego, który złapał piłkę niedaleko pola punktowego The Crew. Jedynie przytomna i szybka reakcja Tomasza Zarębskiego uchroniła wrocławian
od szybkiej straty punktów. Gospodarze nie zamierzali wcale zwalniać i wykorzystując zaskoczenie naciskali przeciwników. Trzy akcje biegowe nie przyniosły
jednak dużych efektów. Ale w następnym zagraniu Kołpak świetnie wypatrzył Marcina Szostawickiego i posłał mu piłkę. Tym razem kolejnym „mężem opatrzności”
wrocławian okazał się Jakub Głogowski, który w ostatniej chwili zdołał zbić futbolówkę. Zmuszeni nieubłaganym licznikiem prób białostoczanie spróbowali
kopnąć na bramkę, ale zostali zablokowani. Mimo tego początek w wykonaniu gospodarzy – niesamowity.
Po swojemu?
Wrocławianie nie przejęli się takim obrotem sprawy i wzięli piłkę w swoje ręce. Ciężar gry spoczął głównie na akcjach biegowych Igora Kowala,
który wypracował pierwszą próbę. W następnym zagraniu The Crew wykonało swoją specjalność, a więc dogranie Davida Johnsona do Tylera Vorhiesa, który
złapał piłkę nieopodal pola punktowego Lowlanders. Chwilowe problemy w postaci sacka na quarterbacku The Crew (w wykonaniu Beniamina Michałowskiego)
czy fumble Jakuba Płaczka nie zatrzymały ofensywy wrocławian. Kolejne perfekcyjne podanie trafiło do Tylera, który wykonał swoisty taniec wide receivera.
Unikami i dynamiką wywiódł w pole niemal całą obronę Lowlanders, która nie była w stanie dobrze wykonać tackla. Tym samym wpuściła „Showtime`a” do swojego
pola punktowego. The Crew próbowało powtórzyć akcję podaniową przy podwyższeniu, ale piłkę skierowaną do Vorhiesa zdołał zbić Kiryl Piatrovich.
Jard za jard
Gdy wydawało się, że The Crew wskoczyło w swój rytm dzięki przyłożeniu to Lowlanders szybko pokazali, że nie zamierzają rezygnować z dalszej walki.
Wręcz przeciwnie. Pierwszy ich drive oraz późniejszy sack na Johnsonie sprawił, że uwierzyli w siebie oraz w to, że wrocławianie są w ich zasięgu.
Ale następna seria zagrań białostoczan okazała się mniej skuteczna. Krótkie i słabe biegi oraz presja defensywy na Kołpaku zrobiły swoje.
Lowlanders musieli ratować się puntem. Nie lepiej poradziło sobie The Crew, których ani akcje podaniowe ani biegowe nie przyniosły nawet pierwszej próby,
więc zrewanżowali się rywalom... odkopnięciem.
Lowlanders zastosowali tym razem dziwną strategię – czekali aż piłką się doturla w okolice pola punktowego
i dopiero wtedy Maciej Maksimowicz podniósł futbolówkę. Tyle, że w tym momencie był już na miejscu Davy Johnson, który szybko powalił białostoczanina.
Gospodarze z tej niewygodnej pozycji ruszyli do ofensywy. Trzecia akcja w tej serii zaczęła się od zmyłki Kołpaka, który po zasymulowaniu fake
offu do running backa oddał piłkę do Jakuba Jackowskiego, a ten uciekł lewym skrzydłem zdobywając ponad 25 jardów. Lowlanders postanowili pójść za ciosem
i forsowali akcje biegowe środkiem, ale ani Michał Maksimowicz, ani Jackowski nie mogli przedrzeć się przez defensywę wrocławian. W końcu impas przełamał
Kołpak dwukrotnie skutecznie podając do Vadima Sikorkiego.Te wysiłki zostały szybko zaprzepaszczone po sacku wykonanym przez Jarosława Firleja i późniejszym
fumble, które odzyskało The Crew. Wrocławianie nie mieli szansy zbyt wiele ugrać, bowiem Vorhies w czasie swojego kolejnego slalomu między obrońcami zgubił
futbolówkę. Zamieszanie w ostatnich minutach pierwszej połowy to efekt coraz mocniej padającego deszczu, który akurat po gwizdku kończącym tę część gry
zamienił się nawet w gradobicie. I o ile na boisku trwała twarda rywalizacja to w czasie przerwy wszyscy solidarnie pobiegli schować się przed tym
swoistym ostrzałem.
Pobudka!
To, co stało się w trzeciej kwarcie przypominało zmasowany atak. The Crew przycisnęli Lowlanders, którzy momentalnie pogubili się zarówno w ofensywie
jak i w obronie. Wrocławianie wbijali punkty dosłownie w każdej swojej serii zagrań natomiast ich rywale popełniali fumble lub wykonywali punt.
W szeregach The Crew szalał Łukasz Omelańczuk, który zdobył w tej kwarcie 14 punktów, a po swoim pierwszym przyłożeniu w tym spotkaniu usłyszał głośny śpiew
„Sto lat, sto lat” od swoich kolegów z drużyny. W ciągu kilku minut ze stanu 0:6 zrobiło się już 0:30. Wtedy niespodziewanie do ataku poderwali się Lowlanders.
Kołpaka, który doznał lekkiego urazu kostki zastąpił na pozycji rozgrywającego Marek Łukianiuk. Ta wymuszona zmiana okazała się całkiem dobrym rozwiązaniem.
Akcje biegowe Michała Maksimowicza, Jakuba Jackowskiego i samego Łukianiuka stały się antidotum na defensywę The Crew. Lowlanders zbliżali się do end zone
wrocławian, a drive wykończył sam rozgrywający zdobywając przyłożenie. Punkty te były o tyle cenne, że były pierwszymi, które w tym sezonie stracili goście.
Jak się wkrótce okazało owe sześć oczek było ostatnim akordem do końcowego wyniku, który utrzymał się przy stanie 30:6 dla The Crew.
Tak dobrze czy tak lekkomyślnie?
Pierwsza połowa spotkania była zaskakująca. Konfrontacja lidera ligi z zerowym kontem porażek i straconych punktów z beniaminkiem z zerowym kontem...
wygranych miała być dla The Crew kolejną okazją do szukania rekordu. Stało się jednak inaczej. Wrocławianie męczyli się bardzo aż do przerwy. Może brak
Lance`a Burnsa i Akiego Jonesa dał się we znaki? Lub, co bardziej prawdopodobne, wrocławianie zbytnio uwierzyli w siebie i zlekceważyli rywala.
Dopiero chyba ulewny deszcz z gradem obudził Ekipę, która zrozumiała, że nie wystarczy wyjść na boisko, aby wygrać.
Lowlanders zadziwili ligowych wyjadaczy, że to właśnie jako pierwsi zdobyli przyłożenie w konfrontacji z The Crew. Mimo tego Lowlanders nie mogą
być zadowoleni z całego spotkania. Scenariusz przypominał mecz z Husarią. Białostoczanie dobrze się trzymali do przerwy a potem łatwo tracili punkty po
prostych błędach. Patrząc na ich grę trudno uniknąć refleksji, że brakuje tam albo głównego trenera, albo zawodnika o wielkiej charyzmie, który w krytycznych
momentach zdyscyplinuje towarzystwo i poprowadzi je do zwycięstwa.
Z kolei dla The Crew słaba pierwsza połowa i stracone punkty mogą stać się zimnym prysznicem czy raczej deszczem (ba, nawet właśnie gradobiciem),
który przypomni wrocławianom, że nie można zbyt lekko podchodzić do żadnego meczu.
6 : 30
FOTORELACJA by Ralph53